Ziarno Słowa

A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Rz 5,5
 

Polecam

Każda z moich parafii ma swój oddzielny blog, na którym zamieszczam regularnie zdjęcia z komentarzami. Wejście przez fotogalerię. ZAPRASZAM Wink

Archiwum

Darewo - "Źródło" PDF
15.02.2007.

Ten artykuł ukazał się kilka lat temu w miesięczniku "Źródło" 

Ojciec Jan Glinka ze zgromadzenia werbistów to energiczny misjonarz, który na pierwszy rzut oka nie przypomina mnicha. Nosi dżinsy, długie włosy i brodę. Proboszczuje w trzech parafiach - w Baranowiczach, Kroszynie i Darewie. Proszę go o pokazanie Darewa. Zachęcał mnie do tego ks. prof. Roman Dzwonkowski, najlepszy chyba znawca dziejów Kościoła katolickiego na Wschodzie. Dojeżdżając do Darewa mogłem się przekonać, że o. Jan oprócz kapłańskich umiejętności ma także i fantazję.
Kościół w tej miejscowości, będącej zapadłą wsią, jako bodaj jedyny na Białorusi, jest podświetlony. Widać go z daleka, robi wrażenie na każdym przybyszu i okolicznych mieszkańcach. Oświetlenie dodaje splendoru świątyni, ale ma w sobie coś z symbolu. Przez dziesiątki lat właśnie z Darewa płynęło światło wiary, promieniujące przynajmniej na część dawnego powiatu baranowickiego. W najcięższych sowieckich czasach, narażając się na represje, posługiwał tu ks. Stanisław Szeplewicz, przyczyniając się niewątpliwie do trwania wiary na Białorusi. Dzięki wieloletnim badaniom ks. Dzwonkowskiego znamy dobrze jego życie i działalność.
Urodził się on w 1902 r. Jako ochotnik wziął udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r. W 1925 r. wstąpił do seminarium duchownego w Pińsku, które ukończył w 1931 r. Po święceniach, od 1934 r. pełnił obowiązki proboszcza Darewa i jednocześnie zastępcy kapelana Wojska Polskiego w Baranowiczach. Dzięki jego zabiegom został w Darewie odbudowany także kościół, zburzony w czasie I wojny światowej. W dzieło to byli zaangażowani zarówno parafianie, jak i oficerowie z garnizonu w Baranowiczach. Żołnierze pełniący w nim służbę pomagali także w budowie świątyni, którą konsekrowano w 1937 r. Ksiądz Stanisław opiekował się jednocześnie parafią w sąsiedniej Makijewszczyźnie, której był administratorem. Posiadała ona wzniesioną własnym sumptem w 1916 r. drewnianą kaplicę, mimo iż miejscowa wspólnota katolików liczyła tylko 320 osób. U progu wojny ks. Stanisław został mianowany kapelanem rezerwy WP w stopniu kapitana. W czasie pierwszej okupacji sowieckiej ukrywał się u miejscowych ludzi, prowadząc podziemne duszpasterstwo. Do momentu wkroczenia Niemców w 1941 r. na radziecką Białoruś nie został wytropiony przez organy NKWD, mimo że był intensywnie poszukiwany. Ujawnił się na krótko w czasie okupacji hitlerowskiej, ale szybko wrócił do podziemia. Tutejsi białoruscy kolaboranci dążyli bowiem do unicestwienia elementu polskiego, a zwłaszcza jego najbardziej patriotycznych przedstawicieli, którzy mieli autorytet w społeczeństwie. Na skutek ich donosów byli izolowani w obozie koncentracyjnym w Kołdyczewie, gdzie podlegali eksterminacji. Niemcy zaocznie skazali ks. Szeplewicza na karę śmierci. Zrobili to tym łacniej, że zaangażował się on w struktury podziemne Armii Krajowej. Nie potrafili go jednak wytropić. Zrobili to sowieccy partyzanci i chcieli rozstrzelać, ale został obroniony przez mieszkańców Darewa. Po wyzwoleniu Białorusi przez Armię Czerwoną ks. Szeplewicz nadal prowadził nielegalne duszpasterstwo. Mógł w ramach repatriacji wyjechać do Polski, jak uczyniło to wielu Polaków, ale on postanowił pozostać. Za jego przykładem poszli wszyscy jego "podziemni parafianie". Od 1944 r. nadal ukrywał się w wiosce, bezskutecznie poszukiwany przez radzieckie organy bezpieczeństwa. Dopiero w 1949 r., na skutek donosu jednego z mieszkańców wsi, został aresztowany. Osądzono go jako wroga władzy radzieckiej, skazując na 25 lat łagrów. Po jego skazaniu kościół w Darewie został zabrany przez władze sowieckie i zamieniony na magazyn. Zaś ks. Szeplewicz przebywał m.in. w "Minłagu" k. Inty w republice Komi. Zwolniony w 1956 r., wrócił oczywiście do Baranowicz. Dzięki staraniom wiernych, miejscowa administracja wyraziła zgodę na działanie parafii w Makijewszczyźnie. W 1960 r. za to, że dopuścił do udziału w nabożeństwach dzieci i młodzież, cofnięto mu "sprawkę", a kaplicę przeznaczono do likwidacji. Pierwsza próba jej zniszczenia nie powiodła się, bo w jej obronie stanęli miejscowi mieszkańcy. Dopiero przy udziale posiłków i ciężkiego sprzętu udało się przedstawicielom władz sowieckich rozebrać kaplicę. Od tej chwili ks. Szeplewicz nigdy już nie uzyskał oficjalnego zezwolenia na pracę duszpasterską. Aż do 1975 r. prowadził, jako jedyny ksiądz na Białorusi, nielegalne podziemne duszpasterstwo. Chrzcił dzieci, udzielał ślubów, uczestniczył w pogrzebach, katechizował, odprawiał Msze św. Czynił to oczywiście w sposób tajny w podziemnej kaplicy, urządzonej w piwnicy jednego z domów. Zawsze był w niej Najświętszy Sakrament. W swojej pracy osiągał rezultaty większe niż księża posługujący legalnie ze "sprawką" w Baranowiczach. Oni np. bali się udzielać dzieciom sakramentów w obawie przed represjami, ks. Stanisław pracował z dziećmi nieustannie. Cieszył się wśród wiernych ogromnym szacunkiem. Tutejsi ludzie nazywali go "tatko". KGB nękało go wciąż rewizjami i wezwaniami, podejrzewając, że zajmuje się podziemnym duszpasterstwem, ale tym razem żaden z mieszkańców go nie wydał. Nie zgodził się też na proponowane przez władze wyznaniowe przenosiny do Lidy. Zmarł nagle w 1975 r. w szpitalu w Baranowiczach. W jego pogrzebie wzięły udział tysiące wiernych. W opinii tutejszych ludzi jest on świętym... Pozostawił on po sobie silną, zwartą wspólnotę. Przetrwała ona aż do naszego przyjazdu, obsługiwana przez księży dojeżdżających z Baranowicz. Spotykali się z wiernymi w drewnianym domku, w którym mieszkał ks. Szeplewicz.
Domek ten przetrwał do chwili obecnej i jest w nim urządzone muzeum jego użytkownika. Po ks. Stanisławie zachowało się sporo rzeczy. Okoliczni mieszkańcy traktują je jako "święte pamiątki", niemal jak relikwie. Wśród nich jest sutanna bohaterskiego kapłana, ręcznie pisany mszalik gułagu, hostie z 1955 r., szaty liturgiczne itp.
Obejmując parafię w Darewie, w wieku 28 lat, o. Jan Glinka zaczął oczywiście od dokończenia odbudowy kościoła, wzniesionego przed wojną przez ks. Szeplewicza i spalonego w końcu lat osiemdziesiątych. Gdy przybył, obiekt miał już nowy dach, wykonany w latach 1988-91 przez miejscowych parafian pod kierunkiem księdza z Baranowicz. Resztki starego spłonęły podczas pożaru w 1987 r. Ktoś oblał wnętrze obiektu benzyną i podpalił. Przyczynił się tym jednak, jak się okazało, do solidniejszej odnowy świątyni. Gdyby bowiem elementy starego dachu przetrwały, ludzie chcieliby zapewne je ratować, a tak otrzymał zupełnie nową konstrukcję. Ojciec Jan zbudował w Darewie także plebanię połączoną z oazowym ośrodkiem dla dzieci. Regularnie urządza w nim "Wakacje z Bogiem" dla dzieci z werbistowskich parafii. Tutejsza okolica jest bowiem bardzo ładna i nadaje się znakomicie do wypoczynku. Kolejne turnusy organizuje własnym sumptem, dzięki ofiarom pozyskiwanym w Polsce. Dzięki nim mógł podołać również wszystkim inwestycjom. Ma w kraju ponad siedmiuset stałych dobrodziejów, stale wspomagających parafię w Darewie. Sam odwiedza też parafie w Polsce, w których wygłasza rekolekcje i kazania, w zamian za co otrzymuje pomoc. Był już niemal w sześćdziesięciu wspólnotach. Każda z nich ma swój udział w osiągnięciach Darewa.
Ojciec Jan stara się, by każda ofiara przekazana na konto parafii była wykorzystana jak najlepiej. Funkcjonuje ona podobnie jak wspólnoty w Polsce. Ma nawet swego organistę.
- Po kolędzie odwiedzam np. kolejno wszystkie domy - podkreśla. - Katechezą obejmujemy też wszystkie dzieci. Jeśli któreś nie przyjdzie, to się dzwoni do rodziców, albo szuka po wsi. Nie jest ich oczywiście dużo. Darewo, tak jak większość okolicznych wsi, po prostu wymiera. Młodzi uciekają do miast, a na wsiach pozostają głównie osoby starsze. Niemniej jednak w ciągu naszej posługi siedemdziesiąt tutejszych dzieci przystąpiło do I Komunii.
Dla werbistów objęcie parafii w Darewie było z pewnością opatrznościowe. Gdy przybyli do Baranowicz, nie było jeszcze wiadomo, w jakim kierunku będzie się rozwijać sytuacja na Białorusi. Jej władze mogły dać zgodę na budowę w Baranowiczach nowej świątyni, ale wcale nie musiały. Darewo, będące historyczną parafią, dawało werbistom stały punkt zaczepienia. Ojciec Jan, gdy obejmował Darewo, nie przypuszczał zapewne, że w spadku po swoich poprzednikach przejmie również parafię w Baranowiczach.

Marek Koprowski

więcej o Darewie

 

Zmieniony ( 19.02.2007. )