Ziarno Słowa

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. (2) Ono było na początku u Boga. (3) Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.

J 1,1-2

 

Polecam

Każda z moich parafii ma swój oddzielny blog, na którym zamieszczam regularnie zdjęcia z komentarzami. Wejście przez fotogalerię. ZAPRASZAM Wink

Archiwum

Darewo - Przewodnik Katolicki PDF
15.02.2007.
Darewo to bardzo stara wieś, która pojawiła się jeszcze w czasach świętego Franciszka. Tędy przechodziła granica pierwszej ewangelizacji, dalej szły już tylko niezmierzone błota. Dwieście lat temu na drugim brzegu rzeki stał klasztor unicki. Teraz znajduje się tam kościół prawosławny. Tak tu żyją ludzie: tu katolicy, tam prawosławni.


Tak się złożyło, że przez tę wieś często przebiegały fronty i granice. W rezultacie Darewo regularnie płonęło, co pół wieku. Przez ostatnie sto lat miejscowy kościół trzy razy przemieniał się w stos popiołu, ale gdyby popatrzeć na historię Darewa oczami wiary, można dostrzec ogromną łaskę, jaką Bóg obdarzył tę ziemię i jej mieszkańców. Przypadek albo nie, ale sama nazwa "Darewo" mówi o specjalnym darze. Wieś okazała się jedyną w całym okręgu, w której w latach władzy sowieckiej aktywnie żyła i działała wspólnota parafialna. Nie rozpadłszy się, doczekała lepszych czasów. Oczywiście trudno wyobrazić sobie, co stałoby się bez Bożego przypadku...

"Tatka"

Wspominają o nim, że miał ostry, żywy charakter. Nie wyróżniał się niczym spośród wiejskich chłopców, gdy wierzchem na koniu dojeżdżał do oddalonych chat, by katechizować dzieci.
Katolicy zwracali się do niego "ksiądz Staś", dla starszych był jak syn, a dzieci między sobą mówiły o nim "Tatka". Później, wiele lat później, ten tytuł powrócił do niego i pozostał do końca jego dni. Teraz określenie to nabrało gorącej, pełnej miłości siły, którą ludzie czują do starszego człowieka, który niemało cierpiał.
W latach trzydziestych młody ksiądz Stanisław Szeplewicz rozpoczął służbę w wiejskiej parafii, półlegalnie, w samym szczycie prześladowań Kościoła. Po spaleniu i oficjalnym zamknięciu kościoła katolickiego w 1939 roku, uciekł do podziemia. Parafianie ukrywali go w swoich chatach, gdzie odbywały się regularne Msze święte, chrzty, przystępowano do Komunii świętej, a młodzi zawierali sakrament małżeństwa.
Tylko cudem można nazwać fakt, że ks. Szeplewicz kontynuował służbę na tle okrutnych, antyreligijnych represji, potem hitlerowskiej okupacji, mającej na celu pełne zniszczenie narodu białoruskiego. Po wojnie, w 1947 roku, został aresztowany i skazany za propagandę religijną. Na długo zniknął. Niektórzy myśleli, że na zawsze. Ale po dziesięciu latach powrócił. Lata więzienia, obozy zmieniły jego wygląd zewnętrzny, a określenie "Tatka" pasowało teraz do jego twarzy jeszcze bardziej.
Zabroniono mu mieszkać w Darewie, więc zadomowił się w sąsiedniej wsi Makijowszczyźnie. Kościół również był tam spalony. Nie pozwolono mu odprawiać Mszy świętej. Kiedy w latach politycznej odwilży wreszcie uzyskał pozwolenie, dom, w którym mieszkał, nieznani sprawcy skrycie podpalili. Katolicy mieszkający we wsi postawili nowy dom-kaplicę. Tatka żył w nim do 1975 roku, do dnia swojej śmierci.
Po powrocie znowu jeździł na koniu, aby mówić dużym i małym mieszkańcom o Bogu i Jego miłości. Kiedy widział, że ktoś z parafian pracuje na polu w niedzielę, podjeżdżał do niego i leciutko dotykał batem po plecach, mówiąc: "Molu, pamiętaj i czcij dzień Pański".

Co mają tu robić misjonarze?
Historię tę zebrał werbista ojciec Jan Glinka. Na chórze wiejskiego kościoła umieścił on fotografie i rzeczy ojca Szeplewicza, aby potem stworzyć małe muzeum. Najprawdopodobniej będzie się ono znajdowało w domu parafialnym, który, jak na razie, jest w stadium organizacji. Istnieje projekt, by witraże okienne poświęcić ojcu Stanisławowi.
Kościół stoi na pustkowiu. Jego położenie jest wygodne dla tych, którzy przyjeżdżają z okolicznych wsi. Darewo jednak rozciągnęło się po drugiej stronie ruchliwej szosy, dlatego werbiści zdecydowali się zorganizować dom parafialno-rekolekcyjny w samym jej centrum. Dzięki temu dzieci będą mogły bezpiecznie chodzić na zajęcia. Opiekują się nimi siostry misjonarki świętej rodziny, które dojeżdżają z Baranowicz. Siostry wierzą, że parafia wkrótce okrzepnie i rozkwitnie.
Ktoś przekonywał, że Białoruś nie jest terytorium misyjnym. Nawet ta jedyna, ocalała w całym regionie, parafia pokazuje, że nie może być tutaj mowy o tradycyjnym duszpasterstwie parafialnym. Parafianie długo pozostawali bez opieki księdza, dlatego podstaw wiary trzeba ich dziś na nowo uczyć.
Polska Prowincja Werbistów skierowała tu swoich księży, którzy prawie od razu przekonali się, że jest to terytorium misyjne. Osiemdziesiąt lat socjalizmu nie mogło nie wydać swoich owoców. Dlatego w obecnej dobie zarówno starszy, jak i młodszy potrzebuje ewangelizacji.

"My nasz, my nowy zbudujemy świat!"

Są to słowa zwrotki popularnego hymnu. Pamiętacie może, co było przed nimi? "Cały świat... my zburzymy, a więc...". No cóż, zburzyć im się udało. A odbudową nowego "naszego" świata musieli zająć się misjonarze - po upływie prawie wieku.
Ojciec Jerzy Mazur, obecny przełożony, znalazł dom w Baranowiczach. Teraz w tym miejscu wyrosło centrum duchowe, które prowadzi szkołę przygotowującą katechistów dla parafii białoruskich, szkołę chrześcijańskiego dziennikarstwa, czasopismo ekumeniczne "Dialog", studio dźwiękowe; tutaj odbywają się diecezjalne rekolekcje; stąd wyjeżdżają księża do posługi duszpasterskiej w licznych okolicznych parafiach.
Dom Trójcy Świętej, jak nazwali go organizatorzy, przyjmuje w swoich ścianach młodzież dotkniętą różnymi formami inwalidztwa oraz grupę anonimowych alkoholików.
Jest to oczywiście również klasztor. Bracia i ojcowie werbiści zauważyli, że w kaplicy w czasie Mszy świętej robi się ciaśniej. Pojawiła się konieczność utworzenia nowej parafii, a potem także budowy oddzielnego kompleksu, pod wezwaniem Matki Bożej Fatimskiej.

Msza w języku słowiańskim
W niedzielny zimowy dzień ojciec Konrad Potyka "robi kurs": odprawia Msze święte w wielu zamieszkałych miejscowościach. Po drodze ktoś z parafian zaprasza go do siebie, częstuje obiadem i dzieli się najnowszymi wiadomościami. Stołowicze, Gorodyszcze, Rusino... W każdej z tych wsi stoi kościół, najczęściej nie ogrzewany, znajdujący się w remoncie lub procesie urządzania.
Na Mszy gromadzi się średnio trzydzieści osób. W większości są to kobiety w średnim i starszym wieku. Zawsze znajdą się też dwaj lub trzej chłopcy-ministranci, nieco młodzieży i trochę mężczyzn. Wszędzie zauważa się braki dotyczące przekroju wiekowego, brakuje pokolenia parafian, które w społeczeństwie zajmują miejsce między babciami a dziećmi.
W tym uwidacznia się historia kraju, w którym rozdział między pokoleniami wierzących był jeszcze większy. Czterdzieści lat prowadził Bóg naród żydowski przez pustynię, aby wykorzeniła się i umarła w nim psychika niewolników i pamięć o dawnych czasach, aby do Ziemi Obiecanej weszły wolne dzieci Boże. I dwa czterdziestolecia naród sowiecki brnął w ciemnościach, cały czas głęboko odsuwając w zapomnienie pamięć serca o swoim prawdziwym powołaniu - chwaleniu Boga.
Stare modlitewniki, cichy szept babci w kącie - wszystko to odbywało się po polsku. Kiedy wiara została w narodzie zapomniana, zagubiła się, modlitwę kontynuowały najsilniejsze osobowości. Język polski był dla nich strefą swobody, pewnością i gwarancją, że Bóg jest blisko. Był On ukryty w słowach, w obrzędach Mszy, w kolędach i w "Zdrowaśkach"... Teraz, dziwnym zbiegiem okoliczności, język ten znowu dźwięczy w kościołach, jakby był wpleciony w ciasny warkocz między dwa inne języki: rosyjski i białoruski. Wypracowano taki obrządek Mszy, który jest jednakowy we wszystkich wiejskich i miejskich parafiach. Kiedy jeden głos zwraca się po rosyjsku do Boga w modlitwie wiernych, oczekujcie, że cała parafia odpowie już po polsku "wysłuchaj nas Panie", a pieśń potem najprawdopodobniej zabrzmi po białorusku. Taką tradycję można krytykować, można do niej podchodzić obojętnie, a można nazwać ją też skarbem tej ziemi.

W "Przewodniku" pisaliśmy wielokrotnie o problemach "nowego wczesnego chrześcijaństwa" na Wschodzie. Pisaliśmy też o braku kościołów w Moskwie i staraniach parafii św. Olgi o własną świątynię. Werbiści prowadzący parafię ponawiają swoje prośby o jakiekolwiek wsparcie.
o.Jerzy Jagodziński SVD
Zmieniony ( 15.02.2007. )